Przemyślenia, Książka

czwartek, 23 czerwca 2016

Man Calling in a Car Free Image Download

Bo nie dość, że mamy różne głosy, to jeszcze każdy z nas ma tych głosów przynajmniej kilka. Wszyscy mówimy przecież od czasu do czasu głosem rozpaczy. Chcę wierzyć, że większości zdarza się też przemawiać raz na jakiś czas głosem - chociaż względnego - rozsądku.

nny jest głos, który sami słyszymy i inaczej słyszą nas inni. Inaczej też rozumiemy głosy prosto z serc płynące i inaczej ze sobą rozmawiamy, kiedy zagłuszają nas głosy dochodzące z naszych głów.

 tak sobie pomiędzy tymi wszystkimi dźwiękami żyjemy. Codziennie za czymś głosujemy, oddajemy na coś swoje głosy albo się poddajemy, mówiąc, że nasz głos i tak nie ma żadnego znaczenia. Od czasu do czasu się w sobie zamykamy, co wcale nie oznacza, że głosu nie mamy. Wtedy najczęściej po prostu do głosu dochodzi milcząca prostota gestów.


zasem chcemy się wyciszyć. Wyłączyć wszystko i tylko wsłuchiwać się w siebie. Albo siebie nawzajem. Innym razem na siłę podkręcamy każdą głośność.

le czego byśmy nie robili, jak często głośników nie włączali i jak oczu szeroko nie zamykali, zazwyczaj i tak w pewnym momencie dochodzi do nas pewien głos, który mówi, że na dłużej po prostu nie da się wyciszyć 

głosu własnych myśli. 



Wszyscy mamy różne głosy

Bo nie dość, że mamy różne głosy, to jeszcze każdy z nas ma tych głosów przynajmniej kilka. Wsz...

wtorek, 14 czerwca 2016


Rozmawiamy ze sobą dzisiaj trochę niewerbalnie. Mało mówimy, prawie się nie widzimy. A precyzyjniej rzecz ujmując, nie widzimy się zupełnie wcale, jeśli nie liczy się to, co dostrzegają oczy naszych wyobraźni.

d czasu do czasu delikatnie spamujemy sobie zdjęciami, co wcale nie sprawia, że jesteśmy dla siebie trochę bardziej. W gruncie rzeczy to wszystko stanowi tylko jakąś urojoną zabawę naszych wyobrażeń. Zaczynamy od wspólnego wkurzania się na nowe emotikony. Dopiero z czasem zaczynamy wysyłać sobie coraz więcej liter, chociaż wszystkie słowa, które wypowiadamy na fejsie, brzmią (ta, jasne) zupełnie inaczej niż te, którymi obdarowujemy się na żywo.

eoretycznie wszystko jest okej. Wymieniamy się tym, jak nam się nie chce - te wiadomości oczywiście zmieniają nasze życia – wspólnie odliczamy dni do końca sesji, narzekamy na zepsute truskawki, a czasami bezgłośnie się z siebie śmiejemy. Rano opowiadamy sobie o tym, jak ciężko było wstać, a wieczorem walczymy z faktem, jak ciężko jest właśnie nie zasnąć. Piszesz mi, że nic się od wczoraj specjalnie nie zmieniło, ale ja i tak wyczuwam w Twoim głosie (yhm, głosie, dobre) jakieś dziwne przygnębienie. 


chodzimy na inny temat. Jest bardziej poważnie, jakkolwiek poważnie może być w ogóle na Messengerze. Zaczynamy rozmawiać o Tobie. Klawiatury nam się grzeją, ale przecież do siebie nie zadzwonimy. Zawsze w razie czego łatwiej jest przecież czegoś nie wyświetlić niż udawać, że się tego nie tego usłyszało. To, co sobie powiemy, nie będzie potrzebowało potwierdzenia, że zostało dostarczone. Będzie za to – zgodnie z podstawowym prawem rozmowy – potrzebowało odpowiedzi.

óki co odpisujemy sobie bez większych przerw, ale wyczuwam, że zaczynasz się denerwować. Podnosisz głos, chociaż jeszcze nie angażujesz w to capslocka. Mówisz mi, że nie lubisz miejsca, w którym jesteś. W końcu nie wytrzymuję. I pytam: dlaczego to robisz?

oje pytanie wyświetlasz po pięciu minutach, odpisujesz na nie przez trzy, co stanowi dość długi okres czasu jak na zdanie złożone z pięciu słów, w którym trzy z nich nie składają się z więcej niż trzech liter. A ja na wiadomość, która w końcu dociera do mnie po całych czterystu osiemdziesięciu sekundach, nie potrafię nie zareagować natychmiast. Bo mi się kiedyś chciało - piszesz. Krzywię się w reakcji na czas przeszły. I dlatego, że sama bardzo wyczuwam, jak teraz już Ci się nie chce. 


o chwili jednak uświadamiam sobie, że to nie jest tylko Twoja odpowiedź. Że nie tylko Tobie kiedyś zdawało się, że chcesz. To odpowiedź naszych czasów. Bo nam się dzisiaj generalnie bardzo szybko odechciewa. I często tylko wydaje, że czegoś chcemy. A kiedy to dostajemy, najbardziej satysfakcjonuje nas fakt, że 

możemy z tego zrezygnować.

To też jest Twoja odpowiedź

Rozmawiamy ze sobą dzisiaj trochę niewerbalnie. Mało mówimy, prawie się nie widzimy. A precyzyj...

sobota, 11 czerwca 2016


Tak naprawdę to zawsze rozchodzi się o oczekiwania. O to, jak wydaje ci się, że chcesz, żeby było. O to, co sobie wyobrażasz przed snem. I o to, z jakim nastawieniem przygotowujesz się do jakiejś sytuacji.

eneralnie wahasz się gdzieś pomiędzy stwierdzeniem, że twoje oczekiwania są dosyć spore a tym, że praktycznie nie masz ich wcale. Najpierw wymyślasz miliony rzeczy, których występowanie świadczyłoby o tym, że jest okej, ale tylko, kiedy poczujesz, że cokolwiek nie gra, przybliżasz się do wariantu, który mówi, że zależy ci tylko na tym, żeby było po prostu dobrze. A jeśli nie dobrze (to już czasami level up), to chociaż normalnie.


ylko że wiesz co? Normalnie to takie bardzo trudne słowo. Nawet słownik PWN-u przy nim trochę głupieje. A to chyba raczej nienormalny objaw. W każdym razie normalnie to według niego po prostu tak jak powinno być. Tylko że nie przewidział chłopak tego, że może według kogoś innego ta definicja powinna być zupełnie inna.

rosta sytuacja. Poprosiłam rano moją współlokatorkę, żeby kupiła mi mleko. Szła do Biedronki, więc przyjmując jej kryteria (Biedronki, nie współlokatorki), powiedziałam, żeby wzięła to normalne: żółte albo niebieskie. Na co ona spojrzała na swoją półkę w lodówce i stwierdziła: normalne jest czerwone.

uż wtedy miałam pewność, że ta przypowieść trafi do któregoś z moich wpisów. Uświadomiłam sobie wówczas, że tak naprawdę to zawsze rozchodzi się o oczekiwania. I to nawet nie kwestia tego, czy one są duże, małe, okrągłe czy kwadratowe. Tylko sęk w tym, jakie za ich sprawą przyjmujemy w głowie definicje.


o to jest normalne, że w życiu bywa różnie. Tak nawet chyba powinno być. Niestety, zawsze stwierdzam to dopiero z jakiejś perspektywy, chociaż przecież dobrze wiem, że ta świadomość zdecydowanie polepszyłaby mój humor w momencie, w którym rozgrywają się prawdziwe (jasne) życiowe dramaty.

tedy jednak zazwyczaj świat staje się zdecydowanie za bardzo #thought-provoking, co automatycznie uruchamia w głowie jakiś specjalny tryb, który nakazuje ci zacząć wszystko głęboko rozkminiać. A to zdecydowanie nie jest normalny stan. Normalnym jednak jest, że w naturze występuje.

zasami w takich momentach myślę, że czasami lepiej nie myśleć. Zazwyczaj jednak takie głębokie wnioski uderzają we mnie, kiedy właśnie nie mogę przestać o czymś zapomnieć. Przekonuję więc wtedy samą siebie i wszystkich, którym doradzałam najpierw żeby nie myśleli (co z góry skazywałam na niepowodzenie), żeby pewne sprawy rozważyli w jakimś innym - może nawet dla siebie nienormalnym - aspekcie.


owoli dochodzę do wniosku, że w życiu chyba po prostu trzeba być przygotowanym na to, że to, jakie wydaje ci się coś, że chcesz, żeby było, nie musi takim być, żeby też było normalne. A może nawet dobre? Albo nawet lepsze.

sobiście jestem olbrzymią przeciwniczką obniżania wymagań. Redefinicja oczekiwań wydaje mi się jednak ostatnimi czasy wyjątkowo kusząca. W gruncie rzeczy całkiem przyjemnie jest samemu stwierdzić, że wszystko dzieje się po coś. I że wszystko jest w jakimś sensie normalne. 

A co ma być, to i tak przecież będzie.

Bo to jest normalne

Tak naprawdę to zawsze rozchodzi się o oczekiwania. O to, jak wydaje ci się, że chcesz, żeby by...

piątek, 10 czerwca 2016


To nie jest tak, że ja naprawdę nie wierzę. Ja tylko często tak mówię, nie dotykając przy okazji kwestii wiary, oczywiście. Broń Boże!

ówię, że nie wierzę, jak coś widzę, obserwuję, a potem sama nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Reaguję moim nie wierzę na każdą opowieść, którą równie dobrze mogłabym podsumować krótkim, aczkolwiek wymownym serio?, chociaż w gruncie rzeczy to też byłoby tylko jakimś beznadziejnym wyrazem mojej niewiary.

twierdzam, że nie wierzę, kiedy nie wiem już, czy się śmiać czy płakać. Podświadomie zawsze to oświadczam,  kiedy śmieję się tak głośno, że już bardzo niedaleko mi do płaczu. Przyjmuję również, że nie wierzę, kiedy płaczę tak wymownie, że aż usta wykrzywiają mi się w coś na kształt histerycznego uśmiechu.  


zasem dodatkowo oprócz tego, że nie wierzę, tak bardzo nie wiem. Zdarza się, że już nawet nie wiem, czy bardziej nie wiem, czy bardziej nie wierzę. Wmawiam sobie po raz kolejny, że lepiej nie rozumieć niż rozumieć źle, ale źle mi się robi już od tego całego nierozumienia. Bo to jest jakieś szalenie pogmatwane. Chociaż w sumie to nie wiem, czy jest.

Chwilowo nie wierzę.

Nie wierzę

To nie jest tak, że ja naprawdę nie wierzę. Ja tylko często tak mówię, nie dotykając przy okazji...

 

karinaostapiuk.pl - blog bardziej życiowy niż życiowostylowy © 2015 - Designed by Templateism.com, Plugins By MyBloggerLab.com